“Nazwany ziomusiem Narrator trochę spuścił z tonu.” – Moore świątecznie.

Tytuł: Najgłupszy Anioł
Autor: Christopher Moore
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Rok wydania: 2006
Ilość stron: 284

 

– Panie, ee, Case, ten człowiek to mój były mąż. Nie żyje.

– Taa. Ja dałem swojej eks dom i firmę, ale to rozwiązanie wydaje się tańsze.

 

Przygodę z Christopherem Moorem rozpoczęłam od przezabawnego cyklu “Love Story”, kiedy to w bibliotece przyciągnęła mnie okładka “Krwiopijców”. Po wnikliwej analizie, Adam stwierdził, że on to chyba kiedyś czytał jedną książkę tego autora i świetnie się przy tym bawił ( Notabene nadal nie przeczytałam “Baranka” o którym wtedy mówił 😛 ). Tak właśnie zaczęłam czerpać przyjemność z satyry jaką serwuje nam autor i specyficznego czarnego humoru, który uwielbiam. Powieść ” Najgłupszy Anioł” została obwołana najzabawniejszą amerykańską powieścią roku 2005 i dostała się, między innymi, na szczyt listy bestsellerów New York Timesa.

Do Bożego Narodzenia został dzień (dobra, powiedzmy, że prawie tydzień) i w całym maleńkim miasteczku Pine Cove w Kalifornii mieszkańcy pochłonięci są kupowaniem, zawijaniem, pakowaniem i, ogólnie rzecz biorąc, wczuwaniem się w świąteczny nastrój. Ale nie wszyscy odczuwają tę radość. Mały Joshua Barker rozpaczliwie potrzebuje świątecznego cudu. Nie, nie leży na łożu śmierci; nie, nie zaginął mu pies. Ale Josh jest przekonany, że widział, jak Mikołaj obrywa łopatą po łbie i teraz nasz siedmiolatek modli się tylko o jedno: proszę, Mikołaju, powstań z martwych. Ale moment! Gdzieś w powietrzu czai się anioł. (W powietrzu, łapiecie) To nie kto inny, jak archanioł Razjel, który zstąpił na Ziemię w poszukiwaniu dziecka, którego życzenie należy spełnić. Niestety, nasz anioł nie należy do tych, który aureola świeci najjaśniej. W mgnieniu oka zawali swoją świętą misję i ześle na mieszkańców Pine Cove bożonarodzeniowy chaos, którego kulminacją stanie się najśmieszniejsze i najstraszniejsze świąteczne przyjęcie, jakie miasteczko widziało.

Fabuła:
Podczas wieczornego powrotu od kolegi siedmiolatek widzi jak Mikołaj obrywa szpadlem od kobiety kradnącej choinki (podkreślam w szczytnym celu! W sensie, że kradła, a nie, że zabijała Mikołaja). Przerażony tym faktem stwierdza, że teraz nie ma kto przynieść mu wymarzonej konsoli i czy to oznacza też, że Gwiazdki już nigdy nie będzie? Po co się jednak martwić na zapas? Wystarczy walnąć modlitwę do kolegi Boga i sprawa załatwiona. No właśnie. Tylko czy na pewno porządnie?
Kolega Bóg zlecił swoim anielskim zastępom bożonarodzeniowego questa. Kolej tego roku przypadała na archanioła Michała, ale robotę ostatecznie otrzymał Razjel, bo w sumie to przegrał w karty. Razjel nie jest może najtęższego umysłu, przejawia mentalność i zdolności T-800, ale przecież przybywa by dokonać cudu i spełnić dziecięce życzenie.
mooreTak więc, w całym tym przedświątecznym szale znikąd w mieście pojawia się gładki jak pupcia niemowlęcia przystojniaczek w długim, czarnym płaszczu i poszukuje dzieci. Theo – policjant, który jakiś czas temu odstawił trawkę i ożenił się z Wojowniczą Laską z Pustkowi, czyli Molly Michon – gwiazdą kina klasy B, powoli próbuje rozwikłać zagadkę tajemniczego przybysza, jednocześnie szukając zaginionego Dale’a Pearsona – wyszedł z przyjęcia w stroju Mikołaja i słuch po nim zaginął. Poznajemy również Lenę Marquez, która poszukuje swojej miłości, przyplątuje się znany z “Wyspy wypacykowanej kapłanki miłości” pilot-erotoman z owocożernym nietoperzem Roberto w Ray-Banach, a barmanka Mavis, oddałaby się nawet samcowi osła, bo jej nimfomanizm jest niezwykle rześki jak na jej wiek. Postacie można wymieniać bez końca, niektórym mogą się wydać niespełna rozumu, jednak spoko, ludzie są całkiem sympatyczni. Miasto otrzyma Boże Narodzenie jakiego nikt nigdy nie widział. Świt żywych trupów to przy tym Pan Pikuś.

 

Życie to syf. Każdy kawałek mógłby pasować do układanki, każde słowo mogłoby być miłe, a każde wydarzenie radosne, tyle że tak nie jest. Życie to syf. Ludzie ogólnie rzecz biorąc są do dupy.

Kompozycja:
Pan Moore wrzuca nas do istnego rollercoastera zdarzeń. Absurd goni tutaj absurd. Humor może miejscami wydawać się przaśny, dla niektórych wręcz wulgarny i niesmaczny. Taki jest jednak styl tego autora – jest krew, są przekleństwa, jest szarganie mitu spokojnych i wesołych świąt. Ciężko znaleźć tutaj głębokie psychoanalizy bohaterów. Nie to jest osią tej powieści. Moore pokazuje i wyśmiewa typowe amerykańskie zachowania – pogoń za modnymi miejscowościami, tendencje do nieuzasadnionej zawiści, z drugiej jednak strony pokazuje silę ludzkiej solidarności, przyjaźń i miłość ponad rożnymi stadiami szaleństwa. Wszechwiedzący narrator nakreśla nam historie poszczególnych postaci pozwalając nam zapałać do nich sympatią, współczuciem czy nienawiścią. Całość jest bardzo lekko napisana, z ogromną dawką humoru – który cudownie spełnia swoją rolę. Nie do końca czuć tutaj ducha świąt, skupiamy się na tych wszystkich groteskowych sytuacjach, które spotykają naszych bohaterów tak bardzo, że miejscami książka wydawała mi się chaotyczna.

 

– Ojcze nasz w Niebiosach – zaczął chłopiec. Nigdy nie należało używać imienia Boga, to było jakieś przykazanie czy coś. – Mówi Josh Barker, Worchester Street 671, Pine Cove, Kalifornia 93754. Widziałem dzisiaj Świętego Mikołaja. To wspaniale i dziękuje Ci, ale chwilę potem zginął od łopaty, dlatego obawiam się, że nie będzie żadnych świąt, a ja byłem grzeczny, o czym na pewno się przekonasz, jeśli zerkniesz na listę Mikołaja. Więc jeśli nie masz nic przeciwko temu, czy mógłbyś przywrócić Mikołaja do życia i załatwić, żeby na święta wszystko było w porządku? – Nie, nie, nie, to brzmiało bardzo samolubnie. Szybko zatem dodał: – I życzę szczęśliwej Chanuki Tobie i wszystkim żydom, takim jak Sam i jego rodzina. Mazełtow.

 


Ocena 7/10
W “Najgłupszym aniele” są elementy świadczące o tym, że ta powieść mogłaby być głębsza i subtelniejsza. Tylko po co. Dla mnie jest kawałkiem naprawdę dobrej, odprężającej lektury. Jest to książka, którą z chęcią zabrałabym do pociągu. Jestem zakochana w książkach tego autora więc mogę być mało obiektywna – uwielbiam w nich wszystko. Od takiej zwykłej rzeczy, jaką jest okładka, począwszy przez tytuły rozdziałów, postacie, fabułę, na wypowiedziach narratora lub bohaterów skończywszy. Podkreślam jedno, że nie jest to książka dla każdego – na pewno nie dalibyście jej do przeczytania dużo młodszemu rodzeństwu czy osobnikowi o niskim współczynniku poczucia humoru. Jeśli jednak lubicie Monty Pythona to sięgajcie po tą książkę śmiało, bo “rozweselająca opowieść o bożonarodzeniowej grozie. Wersja 2.0? sprawi, że nie będziecie mogli przestać się śmiać.
A na koniec oddając głos samemu autorowi:
?Jeśli kupujesz tę książkę na prezent dla babci albo dziecka, musisz wiedzieć, że zawiera ona brzydkie słowa, a także pozbawione smaku opisy kanibalizmu i aktów płciowych osób po czterdziestce. Nie miejcie do mnie pretensji. Uprzedziłem.?

(Visited 60 times, 1 visits today)
Share