Kiedy zmęczenie daje w kość – Herriot po raz trzeci

82a40efebda1900b196912a3fd49182de4c3Tytuł: Nie budźcie zmęczonego weterynarza
Autor: James Herriot
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 1998
Ilość stron: 272

Czas na trzecią część cyklu ?Wszystkie stworzenia duże i małe?. Niesiona na fali chwili pochłonęłam ją w dwa wieczory. Miło po krótkiej przerwie wracało się do pana Herriota i jego włochatych pacjentów. Przygody tego lekarza weterynarii ujmują humorem i ciepłem jakie ze sobą niosą. Na tylnej stronie okładki przeczytamy:

Po dwóch latach przepracowanych na stanowisku asystenta weterynarza James Herriot nadal jest bardzo zadowolony z możliwości pracy w pięknych okolicach Darrowby. Tym razem na swej drodze spotyka wyjątkowo niesfornych pacjentów, na przykład złośliwego kocura Borysa, a grono jego znajomych powiększa się o kolejnych niezwykle oryginalnych właścicieli zwierząt.

Fabuła:
Owce, owce,
wszędzie owce. Zaczyna się wiosna, nadchodzi czas kocenia się, więc co kilka pierwszych rozdziałów odwiedzamy owczarzy ze swoimi wielkimi stadami i oglądamy cudy narodzin tych małych puchatych stworzonek. Oczywiście byłoby nudno gdyby wszystko działo się bez jakiejś małej komplikacji. James pokochał miejsce w którym przyszło mu pracować już prawie trzeci rok. Z każdym miesiącem przybywa klientów z małymi zwierzakami, jednak większość czasu i tak spędzimy w oborze odbierając porody krów czy lecząc ?mastyks? u pana Pickersgilla, mastitis to zapalenie wymienia, jednak staruszek wie lepiej. Grono przyjaciół również się powiększa o ciekawą postać Ewana Rossa, lekarza weterynarii ze specyficznym podejściem do swojego zawodu. Jego towarzyszka życia – Ginny, zostaje kuchennym guru dla podniebienia młodego Herriota. Towarzyszymy również jednemu z największych kaców, po piwniczce pana Crumpa czy uroczej historii uratowania Roya, ta sprawiła, że czułam się jakby ktoś na serduchu położył mi plaster miodu. Książka pokazuje jak dużo pracy ma przed sobą weterynarz i doba często powinna mieć dodatkowe godziny.
A czy ten opis nie przypomina Wam czasami kogoś z Waszych znajomych lub sąsiadów? 

?Susie była jedna z moich stałych pacjentek. Jej wielki, krępy pan wciąż przyprowadzał ja do przychodni, trochę zawstydzony swoja nadopiekuńczością, a kiedy zastawałem go siedzącego w poczekalni, dziwnie nie na miejscu pośród dam ze swymi ulubieńcami, zawsze mówił: ? Żona prosiła, żebym przyprowadził tu Susie?. Jednak to była oczywista wymówka.?

No i w końcu do przodu ruszą amory. Helen ewidentnie czuje mięte do naszego doktorka. I tak podczas potańcówki i dzięki szczenieniu się Susie, James bierze byka za rogi.
Mistrzostwem jest dla mnie proszenie o rękę córki, chwilę po tym, gdy własną wyjęło się z macicy ulubionej krowy pana Andersona.

Kompozycja:
Jak we wcześniejszych częściach książka jest zlepkiem krótkich opowiadań, jednak kiedy nie przeczyta się jakiegoś rozdziału można stracić rachubę. Układ sprawia, że czyta się szybko, duże litery nie męczą oczu kiedy czyta się do późna w nocy ( jak ja ^___^’ ). Doszłam do momentu kiedy zachowanie Siegfrieda zaczyna mnie drażnić i podziwiam świętą cierpliwość Jamesa oraz jego umiejętność powściągnięcia języka. Już dawno wygarnęłabym swojemu pracodawcy, że albo ma posuniętego Alzheimera albo schizofrenię. Nie wierzę w jego ekstremalne roztargnienie. Poza tym barwne postacie i opis życia w latach 40′ XX w. urzeka za każdym razem.

?On się nie przewraca, James.?



Ocena 6/10
Siegfried wpływa na obniżenie oceny, wiem, że to tylko jedna z postaci, ale jestem narwaną osobą i strasznie działa na mnie wypieranie się swojej racji. Treść jak zwykle wciągająca, zauważyłam również jedną czy dwie literówki w tekście. Język barwny i prosty. Myślę, że to właśnie dzięki opisom życia na angielskiej wsi lat 40′ ubiegłego wieku i pozytywnym postaciom ta książka sprawia mi taką radość oraz napawa coraz większa chęcią przeniesienia się tam i prowadzenia sielankowego życia farmera.
Polecam czytać po kolei od części pierwszej 😉

(Visited 34 times, 1 visits today)